"Nie ma satysfakcji bez trudności"
Piotr Banach to założyciel i były gitarzysta zespołu Hey. W 1999 zapoczątkował działalność grupy Indios Bravos, z którą tydzień temu odwiedził Jarocin, by swoim graniem umilić Dni Patrona Miasta.
Przed chwilą zakończył się koncert zespołu Indios Bravos. Myślę, że nie będzie błędem jeśli stwierdzę, że tu- w Jarocinie można było zaobserwować jak na przestrzeni czasu, zmieniał się gust muzyczny Piotra Banacha. Pojawiałeś się na deskach jarocińskiej sceny z najróżniejszymi zespołami, zaczynając od Kryterium, Grass poprzez Kolaboranci czy Hey. Jak się czułeś, gdy po raz kolejny miałeś okazję grać w tym mieście? Powróciły wspomnienia, czy raczej starasz się postępować według zasady „dzień dzisiejszy jest najważniejszy” i nie przywoływać tego co minęło?
Owszem, postępuję według zasady „dzień dzisiejszy jest najważniejszy”, gdyż według mojej filozofii życiowej żyje się tylko tu i teraz, aczkolwiek nie jestem pozbawiony sentymentów. Jarocin budzi we mnie wiele wspomnień. Po raz byłem tutaj jako widz w 1982 roku i wróciłem stąd totalnie zauroczony ilością muzyki i wspaniałą atmosferą. Faktycznie, występowałem w Jarocinie z różnymi zespołami. Oprócz tych, które wymieniłaś grałem jeszcze w punkowych zespole Kumader oraz z grupą Dum-Dum. Później występowaliśmy już z Indios Bravos. Odnosząc się do stwierdzenia, że zmieniał mi się gust, to myślę, że wszystko obracało się wokół wspólnego mianownika. Była to taka reggae’owa pulsacja połączona z rockowo-punkowo-psychodeliczną mieszanką, którą już dzisiaj mogę nazwać swoją muzyką, gdyż wynika z moich punktów odniesienia, doświadczeń i przede wszystkim z moich chęci.
Dwa tygodnie temu w Poznańskiej Arenie odbyła się pierwsza edycja Indios Bravos Music Meeting. Mógłbyś powiedzieć coś więcej o idei tego festiwalu?
Ideą tej imprezy było zaprezentowanie wszystkich muzycznych Indios Bravos. Przyjęliśmy tę nazwę, gdyż nazywano tak Indian, którzy nie chcieli zamknąć się w rezerwatach i walczyli o własną tożsamość kulturową. Założyliśmy sobie, że będziemy takimi show-businessowymi Indios Bravos, nie damy sobie narzucić cudzej wizji naszego grania i zawsze będziemy robić to, co chcemy. Nie tylko my tak postępujemy. Takich zespołów, które nazywają się inaczej, a tak naprawdę są Indios Bravos jest w tym kraju całkiem spora grupa. Chcieliśmy zrobić festiwal, który nie będzie skupiał grup z jednego gatunku muzycznego, tylko takie, które odpowiadają tej idei. W tym roku mieliśmy parę naprawdę wielkich ikon polskiego alternatywnego, niezależnego grania. Zaczynając od zespołu Armia, poprzez Izrael, Tilt, Leo Che czy Lipali. Indios Bravos wystąpiło z gośćmi, którzy również zapisali się w historii muzyki rockowej własną postawą, czyli z Martyną Jakubowicz, Renatą Przemyk oraz z Litzą. Będziemy kontynuować ten festiwal. Pragniemy być alternatywą do tych wszystkich imprez, które są robione pod kątem, żeby w jak najprostszy sposób zapewnić jak najbardziej masową rozrywkę. Nas nie interesują masy, tylko ci ludzie, którzy są świadomi po co przychodzą na koncert.
Podczas tej imprezy miała miejsce premiera nowego projektu zatytułowanego Ludzie Mili. Co to za zespół? Skąd wziął się pomysł na jego utworzenie?
Takie pomysły biorą się same. Pewnego dnia budzę się z potrzebą pogrania muzyki w trochę innej konfiguracji ludzkiej. Spotykam starych znajomych, z którymi grałem w różnych zespołach, było fajnie, więc czemu nie można by było spróbować jeszcze raz. Oprócz nich, są tam również debiutancki, którym poznałem przy okazji tego projektu. Natomiast muzycznie jest to dalej ta moja nuta. Nazywam to hipipunkiem, ale tak naprawdę każdy może to określić jak chce, gdyż jest to po prostu muzyka rockowa. Planujemy wydanie pierwszej płyty wiosną przyszłego roku.
Kiedy pojawiły się pierwsze wzmianki o Ludziach Miłych, można było przeczytać komentarze osób, które twierdziły, że postanowiłeś założyć nowy zespół, gdyż planujesz porzucić Indios Bravos i zająć się czymś nowym. Jak widać nadal grasz wspólnie z Indiosami i Wasi słuchacze mają nadzieję, że się to nie zmieni. Czy zespół planuje nagranie w najbliższym czasie nowej płyty?
Oczywiście. Myślę, że obie płyty ukażą się mniej więcej w tym samym czasie. Owszem, grupa Ludzie Mili powstała dlatego, że w naturalny sposób czuję potrzebę grania czegoś innego. Z Indios Bravos koncertujemy już ósmy rok, a pierwszą płytę nagraliśmy kilkanaście lat temu. Jest to jednak na zasadzie, że np. lubię zupę pomidorową, jednakże nie mogę jeść jej codziennie i od czasu do czasu czuję potrzebę zjedzenia innej, np. szczawiowej. Nie oznacza to jednak, że przestałem lubić pomidorową i od tej pory nie będę jej jadł. Robi się to równolegle, wymiennie. Także spokojnie, Indios Bravos będzie grało dalej.
Do większości utworów sam napisałeś teksty. Skąd czerpiesz inspirację? Jak to jest z pisaniem? Piszesz na zasadzie, że jest potrzebny tekst, więc siadasz i za wszelką cenę próbujesz go stworzyć, czy oczekujesz przypływu weny i dopiero wtedy bierzesz kartkę, długopis i piszesz?
To zawsze jest wena. Te teksty pojawiają się same i czasami jest tak, że gdzieś się cisną, że nie dają mi spokoju. Pamiętam taką noc, gdy położyłem się spać i pojawił się tekst. Wstałem, zapisałem go. Położyłem się i pojawił się kolejny. Znowu wstałem, zapisałem. Tych tekstów było siedem , z czego cztery wykorzystałem później w różnych zespołach. Zawsze pojawiają się one na skutek moich przemyśleń, tego co zaobserwowałem, co mnie poruszyło. Do życia mam podejście dosyć uważne, czyli nie żyję na pamięć, lecz zawsze jestem nastawiony na odbiór tego, co dzieje się wokół mnie i dużo rzeczy dostrzegam. Fermentują one we mnie, kipią i na wskutek jakiegoś impulsu powstają z nich teksty. Jest to tak, że najpierw karmie się jakimiś rzeczami, potem niby nic się nie dzieje i raptem pojawia się tekst.
W ciągu swojej wieloletniej działalności muzycznej w mniejszym lub większym stopniu przyczyniłeś się do powstania wielu płyt. Czy jest wśród nich taka, którą uważasz ją za najważniejszą i często do niej wracasz?
Hmm… Nie, nie potrafiłbym wskazać najważniejszej płyty. Mogę mówić o pewnych symbolicznych krążkach, które zaczynały pewne etapy, np. płyta „Fire” z zespołem Hey .Umożliwiła mi ona zrobienie tego, o czym marzyłem. Odkąd skończyłem 15 lat pragnąłem nagrywać płyty, stać na scenie i w cudzysłowie zostać gwiazdą rocka. Przełomowym krążkiem jest również „Part one”, gdyż była to pierwsza płyta, który stworzyłem zupełnie sam, tzn. z Gutkiem na wokalu, ale wszystkie instrumenty samodzielnie nagrywałem i miksowałem w moim domowym studio. W zasadzie każda płyta jest ważna, gdyż jest to zapis mojego myślenia i stanu emocjonalnego. W tej chwili mógłbym złożyć już składankę utworów, z których jestem najbardziej dumny, natomiast nie potrafię powiedzieć, że dana płyta jest lepsza od innych.
Byłbyś w stanie podać tytuł utworu, z którego jesteś najbardziej zadowolony?
Pierwszą piosenką, która mi przyszła do głowy jest „Jeśli wiesz co chcę powiedzieć”, którą nagrałem z Kaśką Nosowską na jej pierwszą solową płytę „puk.puk”. Jestem bardzo zadowolony z tego utworu.
Jak wspominasz swoją współpracę i działalność w grupie Hey?
Jak najbardziej pozytywnie. Jestem dumny z grupy Hey. Był to pierwszy projekt, który osiągnął sławę i stał się bardzo popularny, co dawało mi dużo satysfakcji. W tej chwili droga, którą poszedł ten zespół nie jest moją drogą i nie potrafiłbym identyfikować się z tym, co teraz robią. To co tworzyliśmy razem, to było właśnie to, co chciałem robić, więc wspominam to bardzo dobrze.
Dorastałeś w czasach, w których wśród ludzi młodych panował bunt. Gdybyś miał możliwość ponownego powrotu do dzieciństwa, to wolałbyś dorastać w obecnych czasach czy bez zastanowienia cofnąłbyś się do przeszłości?
Chyba nie można tego dzielić na współczesność i przeszłość, dlatego że współczesność jest zawsze dziedzictwem tego, co było wcześniej. Nawet jeśli pewne rzeczy zaniknęły, to zaniknęły w naturalny sposób. Jest mi z tym smutno i w pewnym sensie czuję się niekomfortowo, że w dzisiejszych czasach tak mocno liczy się „mieć”, a prawie wcale nie liczy się „być”. Za moich czasów, gdy byłem młody nie liczyło się kto chodził w jakich ciuchach ani jakie miał gadżety, tylko pierwsze pytanie jakie się zadawało, kiedy się ludzie poznawali, to było jak masz na imię, a potem jakiej muzyki słuchasz. Osoby młode były przez cały czas kształtowane przez dorosłych: czytaj, zdobywaj wiedzę, jak nie czytasz książek, to znaczy, że zawsze będziesz outsiderem, bo nikt cię nie będzie szanował. Zdobywaj wiedzę i bądź człowiekiem mądrym. W tej chwili mam wrażenie, że ta mądrość została zepchnięta nawet nie na drugi, lecz nawet na dziesiąty plan i tego brakuje. Z drugiej strony jest mnóstwo rzeczy, które mogą ułatwić ludziom, np. kreacje sztuki, tworzenie i to jest fajne.
Ostatnimi czasy często spotykam się z osobami w moim wieku, które uważają się za wielkich fanów muzyki reggae. Jednak gdy proszę ich o wymienienie ulubionych zespołów w odpowiedzi słyszę Jamal, Vavamuffin, Natural Dread Killaz itp. Czasami wśród nich przewija się jeszcze Bob Marley. Jakie jest Twoje zdanie na temat współczesnej muzyki reggae, która niestety tylko w minimalnym stopniu nawiązuje do jamajskich klimatów?
Ona nie jest dla mnie. Jeżeli ktoś to lubi- proszę bardzo, każdy ma wolną wolę, może słuchać czego tylko chce. Myśmy w pewnym sensie zaczęli się tak symbolicznie z zespołem Indios Bravos odcinać od tej sceny reggae, dlatego że ona zrobiła się zupełnie inna niż ta, na której debiutowałem w latach 80-tych, gdzie ta muzyka i jej przesłanie było moje. Takie trochę hipisowskie i punkowe. Dzisiaj jak słyszę, że cały czas liczy się tylko zabawa, biba i dobry bit, żeby można było kręcić tyłkiem, to nie jest to dla mnie. Nie potępiam, ale ja się z tym zupełnie nie identyfikuję.
Czy jest jakiś muzyk, którego cenisz ponad wszystko, a jego twórczość w wyjątkowy sposób Cię inspiruje?
Wiele muzyków mnie inspiruje, bo ja jestem przede wszystkim fanem muzyki. Mam swoich mistrzów, którzy powodują, że chodzą mi dreszcze po plecach. Wywołują u mnie pragnienie robienia równie pięknych rzeczy. Robię je po swojemu. Osobą, która jako pierwsza przychodzi mi do głowy jest
T-Bone Burnett. Ostatnio zachwyciła mnie płyta grupy Gentleman. Jest sporo starych zespołów, które mocno mnie kształtowały począwszy od Beatlesów przez Deep Purple, Pink Floyd, Dead Kennedys, całą scenę reggae’ową na czele z Bobem Marley’em. Ciągle jednak dochodzą nowi. Natomiast na polskiej scenie ostatnimi czasy najbardziej zachwycił mnie i najbardziej do mnie przemawia zespół Leo Che. Mają oni swoją bajkę i darzę ich dużym szacunkiem.
Przed Indios Bravos na scenie wystąpił między innymi zespół Psychotic Point. Składa się on z czterech gimnazjalistów. Jaką radę mógłbyś udzielić osobom, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z muzyką? Jak wspominasz swoje początki? Było trudno, czy raczej poszło gładko?
Trudność jest wpisana jakby w satysfakcję. Nie ma satysfakcji bez trudności. Musi być trudno, żeby potem człowiek mógł usiąść i powiedzieć: ale fajnie- udało się. Jedną radę, jaką mogę udzielić, to żeby zawsze robić swoje i nigdy nie próbować odgadywać tego, co się komuś podoba. Nie odgadywać czy publiczność będzie chciała to słuchać czy radio to puści, czy recenzja płyty będzie pozytywna. Robić swoje od początku do końca, nigdy nie skręcać z drogi robienia tego, co gra w sercu. Należy również słuchać dużo różnorodnej muzyki, bo nie można być muzykiem, jeśli się nie jest jej fanem.
Czy jesteś świadomy tego, że to co robicie z Indios Bravos, muzyka którą tworzycie, teksty, które piszesz zmieniły życie i światopogląd wielu ludzi? Dzięki Waszej muzyce mają siłę, pozytywną energię i chęć do działania. Jest w niej to coś, czego nie ma w żadnych innych utworach.
Mam taką świadomość, ponieważ wielokrotnie to słyszałem i jest mi z tym bardzo miło. Czyni mnie to szczęśliwym i spełnionym. Jest to mój czas spełnienia. Jak rozmawiam z ludźmi, którzy tworzą muzykę i czasami mają lekko cyniczne podejście do tego, to zawsze im mówię, że w muzyce rockowej nie ma miejsca na cynizm. Dla wielu ludzi jest to drogowskaz i najważniejsza rzecz na świecie i nie można robić z tego zabawy. Nie twierdzę, że muzyka rockowa musi być śmiertelnie poważna, ale nasze podejście jako twórców powinno być jak najbardziej świadome. To co robimy, może komuś poprawić życie albo je pogorszyć. Jeśli dostanie komunikat, którzy mu namiesza w duszy i popchnie go do jakiś negatywnych rzeczy, to w pewnym sensie bierzemy za to odpowiedzialność. Z tego co wiem, twórczość Indios Bravos jest traktowana w kategoriach czegoś bardzo pozytywnego i raczej daje ludziom siłę, niż ich dołuje.
Jakie jest Twoje największe marzenie?
Moje wszystkie marzenia się spełniają i nie mam takiego, które określiłbym jako największe. Mam bardzo szczęśliwe życie i wszystko jest takie, jakie powinno być. Myślę, że moim marzeniem mogłoby być tylko to, żeby tak pozostało i zawsze było tak jak jest.
Dziękuję bardzo za rozmowę.

Z Piotrem Banachem rozmawiała Marysia Styburska
| « poprzednia |
|---|
